Wybierz kontynent

Polska może przyspieszyć, kapitał już tu jest

Jeżeli usuniemy bariery dotyczące przyłączeń, wkładu własnego i przewidywalności projektów, to transformacja energetyczna może stać się jednym z głównych motorów rozwoju kraju - mówi Bartosz Kublik, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Fot. PAP

Politycy mówią, że Polska wchodzi w okres gospodarczego przyspieszenia. Pan również podziela ten optymizm?

Bartosz Kublik: Tak, chociaż jako bankowiec wolę opierać optymizm na bilansach, przepływach pieniężnych i konkretnych projektach. Premier Donald Tusk powiedział niedawno, że „Polska stała się oazą stabilności i wzrostu”. Z kolei minister finansów Andrzej Domański ocenił, że Polska ma realną szansę, by w ciągu najbliższych 10 lat znaleźć się wśród trzech najbardziej wpływowych gospodarek w Europie. Te słowa mają silne podstawy - Polska należy przecież do najszybciej rozwijających się dużych gospodarek Unii Europejskiej.

Mamy silny sektor przedsiębiorstw, niskie bezrobocie, stabilny system bankowy i relatywnie dużą bazę krajowych oszczędności. Do tego dochodzą środki europejskie oraz inwestycje obronne, infrastrukturalne i energetyczne.

Powiedziałbym jednak, że sama dobra kondycja gospodarki nie gwarantuje sukcesu, ale otwiera przed nami nowe możliwości. Kluczowe pytanie brzmi, czy potrafimy je wykorzystać. Wierzę, że tak. Polska ma szansę w kolejnych latach nadal rozwijać się w tempie nieco szybszym niż gospodarki Europy Zachodniej albo, czego bym bardzo chciał, wykonać prawdziwy skok inwestycyjny. Do tego potrzebujemy mobilizacji krajowego kapitału, stabilnych regulacji oraz znacznie lepiej przygotowanych projektów.

Skala potrzebnych inwestycji jest ogromna. Skąd mają pochodzić pieniądze?

Premier zapowiedział, że w ciągu najbliższej dekady zainwestujemy 1 bilion złotych w energetykę, infrastrukturę, linie przesyłowe i elektrownie. W tej kwocie ponad 220 mld zł ma trafić na odnawialne źródła i magazyny energii, około 234 mld zł na dystrybucję, a 160 mld zł na energetykę jądrową.

Żaden budżet państwa ani fundusz europejski nie sfinansuje samodzielnie takiego programu. I nie powinien. Środki publiczne muszą pełnić przede wszystkim funkcję katalizatora: pokrywać ryzyka, których rynek nie jest w stanie przyjąć, uruchamiać gwarancje, finansować przygotowanie inwestycji i przyciągać kapitał prywatny. Wszystko, co może zostać sfinansowane komercyjnie, powinno być finansowane kredytem, obligacjami albo kapitałem inwestorów. Dzięki temu pieniądze publiczne pozostaną na przedsięwzięcia, które są strategicznie konieczne, ale nie generują przepływów pozwalających na spłatę finansowania.

Czy rzeczywiście w polskich bankach znajduje się duża niewykorzystana rezerwa finansowa?

Proszę spojrzeć na liczby. W lipcu 2026 roku depozyty sektora niefinansowego wynosiły około 2,26 bln zł, natomiast kredyty netto dla tego sektora około 1,32 bln zł. Relacja kredytów do depozytów wynosiła zatem 58,4 proc.. To niski poziom i dowód, że polski sektor bankowy ma bardzo mocną bazę depozytową. Nie mamy problemu z brakiem płynności. Jednocześnie łączny współczynnik wypłacalności dla polskich banków wyniósł ponad 21 proc. To bardzo wysoka i bezpieczna wartość.

Te relacje są jeszcze ciekawsze w sektorze banków lokalnych. Tam kredyty stanowią jedynie 38 proc. depozytów sektora niefinansowego. Z kolei zagregowany współczynnik wypłacalności dla sektora banków spółdzielczych wynosi ponad 33 proc.. Tylko ta część sektora bankowego mogłaby dziś uruchomić dodatkowe kredytowanie na ponad 100 miliardów złotych. Cały polski sektor bankowy ma natomiast potencjał kredytowy rzędu 0,5-0,7 biliona złotych.

Mamy natomiast pewnego rodzaju wyzwanie związane z przekształcaniem krajowych oszczędności w długoterminowe finansowanie rozwoju, co leży przecież w interesie kraju. Co prawda środki, które nie są kredytami, nie leżą bezczynnie, bo znajdują się między innymi w obligacjach i innych aktywach płynnych. Kredyty dla sektora niefinansowego stanowią już tylko 36 proc. aktywów sektora bankowego, z kolei instrumenty dłużne - prawie 40 proc. Same skarbowe papiery wartościowe stanowią już 25 proc. aktywów sektora bankowego. To najwięcej w UE. Wyzwanie strategiczne polega na tym, że zbyt duża część aktywów systemu finansowego finansuje dług, a zbyt mała nowe moce produkcyjne, energetykę, innowacje i inwestycje samorządowe.

Dlaczego banki wolą obligacje od finansowania przedsiębiorstw?

Nie zawsze tak jest, ale warto wiedzieć, jak bank podejmuje decyzję. Robi to na podstawie relacji ryzyka do oczekiwanej stopy zwrotu. Obligacja Skarbu Państwa jest płynna, prosta w zakupie i korzystnie traktowana kapitałowo. Kredyt dla przedsiębiorstwa wymaga złożonej analizy, zabezpieczeń, monitorowania i utrzymywania odpowiedniego kapitału. Finansowanie farmy OZE, ciepłowni czy biogazowni, czym zajmujemy się w BOŚ, jest jeszcze bardziej złożone, ponieważ trzeba ocenić technologię, przyłączenie, przyszłe ceny energii, umowy z wykonawcami oraz ryzyko regulacyjne. Zmiennych jest wiele, ale radzimy sobie z tym.

Jeżeli państwo finansuje dotacją przedsięwzięcie, które mogłoby być opłacalne komercyjnie, musi najpierw pozyskać środki, często emitując obligacje. Obligacje kupują banki, a inwestor czeka na kolejną dotację zamiast wystąpić o kredyt. W rezultacie zadłuża się państwo, rośnie portfel obligacji w bankach, akcja kredytowa pozostaje relatywnie niska, a oczekujący na dotację inwestor realizuje inwestycję po cenach, które rosną o kilkadziesiąt procent w trakcie oczekiwania. Efekt dotacji zostaje w ten sposób skonsumowany, a gospodarka dłużej czeka na tak ważne inwestycje. Można to jednak zmienić - dotacje muszą być kierowane tylko tam, gdzie bez nich inwestycja rzeczywiście nie powstanie. W pozostałych przypadkach znacznie efektywniejsze mogą być gwarancje, poręczenia, pożyczki podporządkowane i mechanizmy dzielenia ryzyka. Jedna złotówka środków publicznych może wtedy uruchamiać kilka złotych finansowania komercyjnego. Mamy w Polsce sprawdzone mechanizmy dopłat do kredytów. Tak przez całe lata funkcjonowały z bardzo dobrym skutkiem kredyty preferencyjne dla rolnictwa. Kredytów udzielały banki, a ARiMR pokrywała za rolnika część ich oprocentowania. Do tego trzeba wrócić we wszystkich istotnych obszarach. Naprawdę nie wszystko trzeba dotować.

Czy pieniądz w Polsce powinien być tańszy?

Koszt pieniądza ma ogromne znaczenie w całej gospodarce, także w energetyce. Elektrownia fotowoltaiczna, farma wiatrowa, magazyn energii czy biogazownia wymagają wysokiego nakładu początkowego, natomiast ich koszty operacyjne są później relatywnie niskie. Im wyższe oprocentowanie, tym większą część przyszłych przychodów pochłania obsługa długu. Spadek stopy referencyjnej NBP do 3,75 proc. poprawił warunki finansowania, ale nie rozwiązał całego problemu.

Warto też pamiętać, że cena kredytu to nie tylko stopa bazowa, lecz także marża odzwierciedlająca ryzyko projektu. Sam zaś projekt, bez warunków przyłączenia, pozwolenia na budowę, wiarygodnego wykonawcy albo stabilnego kontraktu na sprzedaż energii pozostanie drogi lub w ogóle nie otrzyma finansowania, nawet przy niższych stopach procentowych.

Dlatego nie można ograniczać strategii gospodarczej do postulatu obniżenia ceny pieniądza. Trzeba równocześnie obniżyć ryzyko inwestowania. Jeżeli projekt stanie się przewidywalny, bank będzie mógł zaoferować dłuższy okres kredytowania, wyższą kwotę długu i niższą marżę.

Dlaczego w takim razie inwestycje w OZE nie rozwijają się szybciej?

OZE w Polsce rozwijają się. Mamy ponad 1,6 mln mikroinstalacji o mocy blisko 13,9 GW, rośnie także segment małych instalacji. Nie możemy więc mówić, że inwestycje się zatrzymały. Trzeba jednak zauważyć, że wiele większych projektów nie przechodzi od koncepcji do etapu budowy. Jednym z wąskich gardeł są sieci, bo w samym 2025 roku operatorzy wydali 4897 odmów określenia warunków przyłączenia dla źródeł o deklarowanej łącznej mocy 107 GW. Ta wartość może obejmować ponawiane wnioski dotyczące tych samych projektów, ale nawet po uwzględnieniu tego zastrzeżenia skala problemu jest ogromna.

Drugą barierą jest ryzyko przychodów. Coraz częściej pojawiają się godziny z bardzo niskimi albo ujemnymi cenami energii. Operator musi okresowo ograniczać produkcję źródeł fotowoltaicznych. Bank musi więc wiedzieć, ile energii instalacja będzie mogła rzeczywiście sprzedać i po jakiej cenie. Potrzebujemy zatem inwestycji w sieci, magazyny energii i elastyczny popyt, ale także przyłączeń warunkowych, cable poolingu oraz jasnych zasad ograniczania produkcji. Elektrownia, magazyn i odbiorca energii powinny być coraz częściej analizowane jako jeden system, a nie trzy osobne przedsięwzięcia.

Inwestorzy wskazują również na konieczność wniesienia około 20 proc. kapitału własnego. Czy to główna bariera?

To istotna bariera, szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw, rolników, samorządów oraz spółdzielni energetycznych. Nie jest to jednak wymóg stosowany automatycznie w każdym projekcie, bo udział kapitału własnego wynika z oceny ryzyka. Ale tak, w dobrze przygotowanym projekcie, posiadającym przyłączenie, pozwolenia i stabilną umowę sprzedaży energii, finansowanie dłużne może pokryć około 80 proc. nakładów.

Jeżeli projekt jest oparty wyłącznie na zmiennych cenach rynkowych, bank może oczekiwać większego zaangażowania inwestora. Na etapie przygotowawczym koszty analiz, dokumentacji i pozyskiwania decyzji często muszą być pokryte w całości ze środków własnych. Nie można całkiem pominąć wkładu własnego, bo prowadziłoby to do finansowania projektów, w których inwestor nie jest gotów współdzielić ryzyka. Możemy jednak zmniejszyć tę barierę poprzez gwarancje NFOŚiGW, pożyczki podporządkowane, lokalne fundusze kapitałowe oraz finansowanie kosztów przygotowania inwestycji.

Część publicznego wsparcia powinna być zwrotna. Jeżeli projekt dochodzi do skutku, środki wracają do funduszu i mogą posłużyć do przygotowania kolejnej inwestycji. W ten sposób budujemy trwały system, a nie serię jednorazowych konkursów.

Pobudzając akcję kredytową, można uruchamiać krajowy kapitał: kapitał banków, zarówno tych większych, jak BOŚ, jak i lokalnych, w tym banków spółdzielczych. Tylko w tej spółdzielczej części sektora moglibyśmy dziś uruchomić w formie kredytów około 100 miliardów złotych. To nasz polski kapitał. Dla lokalnej gospodarki taka inwestycja może oznaczać niższe koszty energii, nowe miejsca pracy i większe bezpieczeństwo.

Czy spółdzielnie energetyczne mogą stać się ważnym elementem tego modelu?

Zdecydowanie tak. Liczba spółdzielni energetycznych wpisanych do rejestru KOWR przekroczyła już 700. To pokazuje ogromne zainteresowanie samorządów i lokalnych społeczności. Teraz trzeba je zaktywizować. Uczymy się tego jako kraj i robimy to szybko, co mnie osobiście cieszy. Spółdzielnia musi znać profile zużycia swoich członków, dobrać odpowiednie źródła i przygotować model rozliczeń. Sama fotowoltaika często nie wystarczy, ponieważ produkuje energię w tych samych godzinach. Potrzebujemy miksu obejmującego fotowoltaikę, wiatr, biogaz, magazyny oraz sterowanie popytem.

Dobrze zaprojektowana spółdzielnia może łączyć szkołę, oczyszczalnię ścieków, urząd gminy, gospodarstwa rolne i lokalne przedsiębiorstwa. Jeden podmiot ma nadwyżkę energii w godzinach, w których inny jej potrzebuje. Dzięki temu więcej energii jest zużywane lokalnie, zmniejsza się obciążenie sieci, a pieniądze pozostają w gminie.

Najważniejsze jest to, aby finansowanie opierało się na przyszłych przepływach spółdzielni, a nie wyłącznie na budżecie samorządu. BOŚ uczestniczy już w modelowaniu takich rozwiązań wspólnie z Wojewódzkimi Funduszami Ochrony Środowiska i operatorami, takimi jak Energa. To powinien być model powtarzalny, możliwy do zastosowania w setkach polskich gmin.

Szczególne miejsce w tym modelu przypisuje pan biogazowniom. Dlaczego?

Biogazownia ma ważną cechę, której nie mają źródła zależne od pogody: może produkować energię w sposób stabilny i sterowalny. Może pracować wtedy, gdy nie świeci słońce i nie wieje wiatr. W lokalnym systemie energetycznym jest więc naturalnym uzupełnieniem fotowoltaiki i energetyki wiatrowej. Jednocześnie biogazownia rozwiązuje kilka problemów gospodarczych i środowiskowych. Zagospodarowuje odpady rolnicze i spożywcze, ogranicza emisję metanu oraz dostarcza energię elektryczną i ciepło. Pozostałość pofermentacyjna może być wykorzystywana jako nawóz. Rolnik otrzymuje dodatkowe źródło dochodu, a gmina inwestycję, miejsca pracy i większą niezależność energetyczną.

Według rejestru KOWR pod koniec sierpnia 2026 roku mieliśmy 177 wytwórców biogazu rolniczego i 213 instalacji. Jak na potencjał polskiego rolnictwa jest to dopiero początek. Wiarygodne opracowania mówią, że przy naszej skali produkcji rolnej moglibyśmy wyprodukować nawet 8-9 miliardów metrów sześciennych biogazu. Przypomnę, że kraj konsumuje około 19-20 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Za import gazu płacimy od kilkunastu do kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie. Wykorzystajmy przynajmniej część tych możliwości i zostawmy pieniądze w kraju. Co więcej, w produkcji biogazu mamy sporo polskiej technologii, czyli tzw. local content. Potrzebujemy nie tylko pojedynczych dużych zakładów, lecz również wielu instalacji dopasowanych do lokalnie dostępnych substratów i odbiorców ciepła.

Bank musi oczywiście zbadać umowy na dostawy substratu, technologię, zagospodarowanie ciepła i sposób sprzedaży energii lub biometanu. Jeżeli te elementy są dobrze przygotowane, biogazownia może być bardzo racjonalnym projektem finansowym, a nie wyłącznie przedsięwzięciem środowiskowym.

Co zrobić, żeby Polska rzeczywiście wykorzystała tę szansę?

Myślę, że już się to dzieje, bo widzę ogromną aktywność zarówno organów rządowych, jak i samorządów. Także duża energetyka coraz lepiej rozumie potrzeby i oczekiwania rynku, między innymi pod wpływem sytuacji geopolitycznej.

Przy sprzyjających warunkach pieniądze znajdujące się dziś w systemie bankowym zaczną w większym stopniu pracować na rzecz przedsiębiorstw, samorządów i lokalnych społeczności.

Jak może wyglądać Polska za pięć lub dziesięć lat, jeżeli ten plan się powiedzie?

Możemy mieć znacznie silniejszą gospodarkę, opartą już nie na niższych kosztach pracy, lecz na produktywności, własnych technologiach i konkurencyjnej cenie energii. Możemy stworzyć tysiące lokalnych źródeł energii, magazynów i biogazowni oraz spółdzielnie, które zatrzymają część wartości ekonomicznej w gminach.

Transformacja energetyczna to tak naprawdę projekt przemysłowy, finansowy i związany z bezpieczeństwem państwa. Każda lokalnie wyprodukowana megawatogodzina ogranicza zależność od importowanych paliw, których ceny są przecież bardzo niestabilne. Każda dobrze przygotowana inwestycja tworzy zamówienia dla polskich wykonawców, producentów urządzeń, informatyków i instytucji finansowych. Każdy projekt to rozwój Polski.

Mamy pieniądze, kompetencje i bardzo duży rynek. Budujemy mechanizm, który połączy oszczędności z projektami. Jeżeli go zbudujemy skutecznie, Polska nie będzie musiała czekać na rozwój. Będzie mogła świadomie go przyspieszyć. Przed nami są naprawdę dobre perspektywy.

Źródło informacji: BOŚ

O Autorze

PAP Redaktor

© PowiemPolsce.pl

Miejsca Polaków na świecie

Miejsca Polaków na świecie

Zapisz się do newslettera

Jesteś tutaj